Kryzys Kościoła
Przeciętni ludzie, świadomi swoich słabości, chcą w prezbiterze czyli tzw. "księdzu" widzieć potwierdzenie, iż można być takim jak to zalecał Jezus w swoim nauczaniu a potem Ewangeliści w Dobrej Nowinie oraz apostołowie w swoich listach apostolskich; widzieć potwierdzenie, że to w ogóle jest możliwe i dlatego jest sens „starać się”, walczyć o siebie – ze sobą samym, czy też może z Synem Zatracenia – panem i gospodarzem, tego świata – jak go nazywał Jezus.
Jeśli natomiast widzą w księdzu chciwca, oszusta, obłudnika, mąciciela wywołującego konflikty, plotkarza, pijaka, dziwkarza, hazardzistę ulegającego zachciankom i uciechom tego świata, lenia korzystającego ze swojego statusu w celu zapewnienia sobie łatwego i sytego życia na koszt parafian… jeśli widzą takiego księdza – gorszą się. Czują się oszukani, odchodzą z kościoła lub unikają udziału w życiu parafii i często nawet udziału w obrządkach religijnych.
Nie twierdzę że są to częste przypadki w takiej swojej skrajności, ale są. Każdy ksiądz, biskup, kardynał lub papież – zachowujący się skandalicznie – gorszy „maluczkich” i oddala ich od Boga, zamiast ich do Niego przybliżać.
Jezus przestrzegał przed tym; mówił o soli która straciła swój smak i której nie ma już czym zastąpić, mówił o mieście na górze które jest widoczne dla każdego i z każdej strony i nie może się ukryć... Gdyby Kościół to natychmiast oceniał, ujawniał i potępiał – dążąc do zachowania standardów ustanowionych przez Jezusa wobec jego uczniów, takie przypadki stałyby się sporadyczne. Ale Kościół postępuje inaczej; ukrywa takie fakty, odmawia reakcji lub zwleka z nią latami gdy ukrywanie się nie powiedzie, ale przede wszystkim co najgorsze – zamiast stanowczo wymagać utrzymania standardu – zmniejsza wymagania, usprawiedliwia odstępstwa od nauki Jezusa, bojąc się spadku liczby „powołań” bardziej niż spadku liczby chrztów i liczby wierzących systematycznie uczestniczących w życiu religijnym.
Toteż liczba osób uczestniczących w życiu parafii stale spada, często jest to ledwie kilka procent tych ochrzczonych w niemowlęctwie parafian, kościoły na "zachodzie" stoją opuszczone, są burzone, zamieniana jest ich przynależność wyznaniowa lub nawet przeznaczenie budowli...
Taka jest prawdopodobnie jedna z przyczyn kryzysu wiary i kryzysu Kościoła Katolickiego na zachodzie, a jak wiadomo „życie nie znosi próżni” i wypełnia ją czymś innym. Wielki, światowy, bogaty Kościół - nie boi się zgorszenia ludzi, upadku wiary, odstępstwa od nauk Jezusowych; boi się utraty tej swojej "światowości", bogactwa i znaczenia, konieczności "skurczenia się" do wielkości wyznaczonej zborem wierzących i służebną rolą wobec nich - co zapowiadał kilkadziesiąt lat temu Joseph Ratzinger, późniejszy papież - Benedykt XVI.
Jeśli natomiast widzą w księdzu chciwca, oszusta, obłudnika, mąciciela wywołującego konflikty, plotkarza, pijaka, dziwkarza, hazardzistę ulegającego zachciankom i uciechom tego świata, lenia korzystającego ze swojego statusu w celu zapewnienia sobie łatwego i sytego życia na koszt parafian… jeśli widzą takiego księdza – gorszą się. Czują się oszukani, odchodzą z kościoła lub unikają udziału w życiu parafii i często nawet udziału w obrządkach religijnych.
Nie twierdzę że są to częste przypadki w takiej swojej skrajności, ale są. Każdy ksiądz, biskup, kardynał lub papież – zachowujący się skandalicznie – gorszy „maluczkich” i oddala ich od Boga, zamiast ich do Niego przybliżać.
Jezus przestrzegał przed tym; mówił o soli która straciła swój smak i której nie ma już czym zastąpić, mówił o mieście na górze które jest widoczne dla każdego i z każdej strony i nie może się ukryć... Gdyby Kościół to natychmiast oceniał, ujawniał i potępiał – dążąc do zachowania standardów ustanowionych przez Jezusa wobec jego uczniów, takie przypadki stałyby się sporadyczne. Ale Kościół postępuje inaczej; ukrywa takie fakty, odmawia reakcji lub zwleka z nią latami gdy ukrywanie się nie powiedzie, ale przede wszystkim co najgorsze – zamiast stanowczo wymagać utrzymania standardu – zmniejsza wymagania, usprawiedliwia odstępstwa od nauki Jezusa, bojąc się spadku liczby „powołań” bardziej niż spadku liczby chrztów i liczby wierzących systematycznie uczestniczących w życiu religijnym.
Toteż liczba osób uczestniczących w życiu parafii stale spada, często jest to ledwie kilka procent tych ochrzczonych w niemowlęctwie parafian, kościoły na "zachodzie" stoją opuszczone, są burzone, zamieniana jest ich przynależność wyznaniowa lub nawet przeznaczenie budowli...
Taka jest prawdopodobnie jedna z przyczyn kryzysu wiary i kryzysu Kościoła Katolickiego na zachodzie, a jak wiadomo „życie nie znosi próżni” i wypełnia ją czymś innym. Wielki, światowy, bogaty Kościół - nie boi się zgorszenia ludzi, upadku wiary, odstępstwa od nauk Jezusowych; boi się utraty tej swojej "światowości", bogactwa i znaczenia, konieczności "skurczenia się" do wielkości wyznaczonej zborem wierzących i służebną rolą wobec nich - co zapowiadał kilkadziesiąt lat temu Joseph Ratzinger, późniejszy papież - Benedykt XVI.
| Fot. Paweł Antoni Baranowski |
Komentarze
Prześlij komentarz