„Ryzykowny” kult Maryjny w wydaniu Kościoła Rzymskiego.

Ryzyko dotyczy tu profanacji zarówno Boga jak i samej Maryi, matki Jezusa. Może nawet nieco barbarzyński w tym znaczeniu, w jakim judaizm traktuje nie-Żydów. Barbarzyński czyli w pewnym sensie - bałwochwalczy.

Maria (Miriam, Myrjam) była córką bardzo zamożnej rodziny z Jerozolimy i Nazaretu, zabiegającej o jej małżeństwo ze starszym od niej a pochodzącym z Betlejem bezpośrednim potomkiem Króla Dawida – Józefem. Małżeństwa wówczas były aranżowane przez rodziny, jednak bez ostatecznego przymusu. Maria z pewnością była przeznaczona i przygotowana od urodzenia do roli jaką ma sprawować w Bożym Planie odkupienia, podobnie jak i Jan, syn Zachariasza i Elżbiety, kuzyn Jezusa. Ewangelia opisuje, że już po oficjalnych zaręczynach lecz jeszcze przed wspólnym zamieszkaniem małżonków, do Marii przybył Boży Wysłannik, zapowiadając dotyczący jej Boży plan, by miała - będąc dziewicą w cudowny sposób z woli Bożej i „mocą Bożą” począć i narodzić pierwszego syna i nazwać go Jo-szua; syna który był od dawna zapowiedzianym i oczekiwanym Mesjaszem, z powodu cudownego poczęcia nazwanym Synem Bożym a jednocześnie „Synem Człowieczym” jak się często sam nazywał przemawiając do Izraelitów. Jezus był w ten sposób jednocześnie i prawdziwym człowiekiem, istotą która uzyskała ciało „fizyczne” poprzez naturalne ukształtowanie i rozwój w łonie matki oraz narodzenie się „siłami natury”, ale był też jednocześnie jakby „fizycznym ciałem” samego Najwyższego; Boga, poprzez które – jak wyjaśniał sam Jezus – „Ojciec, który jest we mnie, wykonuje dzieła swoje”.

Trzeba przyznać, że sytuacja, gdy narzeczona, panna młoda jeszcze przed zamieszkaniem z mężem nagle i niespodziewanie okazuje się być w ciąży – musiała być bardzo trudna i wręcz niebezpieczna dla ówczesnej kobiety; zasługą Marii jest więc to, że pomimo świadomości owego zagrożenia bez zastrzeżeń uwierzyła w usłyszaną od Gabriela zapowiedź i przyjęła przygotowaną dla niej rolę matki Jezusa – Syna Bożego, ufając iż to co przygotował dla niej Bóg nie może mieć złych konsekwencji ani dla niej, ani dla nikogo innego. Zaręczyny były wówczas sytuacją bardzo poważną, mającą konsekwencje prawie takie jak małżeństwo; niewierność zaręczonych kobiet karana była śmiercią a zerwanie zaręczyn możliwe było jedynie przez „rozwód”, który wymagał listu rozwodowego, no i przede wszystkim – ujawnienia powodu.
Określenie „Matka Boża” czy dawne: „Bogurodzica” – jest więc tyleż prawdziwe co logicznie nieco ryzykowne; należy je po prostu właściwie rozumieć - poprzez wspomnianą dwoistą naturę Jezusa.

Wyjaśnia to scena ewangeliczna spotkania Jezusa przez niewiastę przy studni Jakuba, w pobliżu miasta Sychar w Samarii, gdy Jezus w rozmowie z nią stwierdził jednoznacznie, że „zbawienie pochodzi od Żydów”.

„(…) Kobieta powiedziała: Panie, widzę, że jesteś prorokiem. Nasi ojcowie na tej górze oddawali cześć [Bogu]; wy zaś mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie Bogu należy oddawać cześć. Jezus na to: Kobieto, wierz mi, że nadchodzi godzina, gdy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie oddawali Ojcu czci. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, bo zbawienie jest od Żydów. Lecz nadchodzi godzina i teraz [już] jest, gdy prawdziwi czciciele będą oddawali Ojcu cześć w duchu i w prawdzie; Ojciec bowiem takich [właśnie] czcicieli sobie szuka. Bóg jest duchem, a ci, którzy Go czczą, winni to czynić w duchu i w prawdzie. (…)”

Jeśli wiec tak, to nie ma mowy o czczeniu „na sposób boski” kogokolwiek innego, niż jedyny Bóg. Wynika to zresztą z pierwotnych przykazań danych ludowi, Izraelitom, za pośrednictwem Mojżesza.
Cześć ta z założenia nie miała mieć głównie charakteru fizycznego, zewnętrznego, obrządkowego, społecznego, publicznego – a wręcz odwrotnie; ma się objawiać w osobistej, wewnętrznej relacji człowieka jako jednostki - z Bogiem. Relacji sługi z Panem opartej na szacunku, miłości i rozeznaniu własnej pozycji (roli). Przede wszystkim – nie na bojaźni a na miłości, bo w niej zawiera się wszystko inne. Sam Jezus tak nauczał i postępował dokładnie według swoich pouczeń dawanych uczniom; nawet gdy brał ze sobą kilku wybranych uczniów by się modlić do Ojca, zostawiał ich kilka kroków za sobą, po czym sam modlił się, zwracając się bezpośrednio i osobiście do Boga, nazywając Go słusznie Ojcem, albo wręcz Abba (tato, tatusiu). Chodzi tu wyraźnie o relację osobistą, uczuciową, nie potrzebującą wizerunków, posągów, rzeźb, znaków ani nawet miejsc uznawanych przez tradycję za te „właściwe” dla kontaktów z Bogiem; mimo iż Jezus sam uznawał Jeruzalem za miejsce najbardziej właściwe. Czcić „w duchu i w prawdzie” to znaczy poprzez bezpośredni kontakt „poza-fizyczny”, bardzo emocjonalny i umysłowy (jak choćby ten opisany przez ewangelistę Jana jako „zachwycenie” a zwłaszcza – opisany przez Saula (Szawła) z Tarsu w Cylicji – jako „prawdziwa modlitwa”. Natomiast „w prawdzie” to znaczy – z wystrzeganiem się wszelkiego fałszu, zakłamania, dwulicowości, wyrachowania, oraz z wiernością nauce przekazanej przez Jezusa jako „fizyczne medium” – poprzez które działał przecież sam Bóg.
Dlatego można stwierdzić, iż każda próba czynienia sobie pośrednika w kontaktach z Bogiem – z jakiegokolwiek przedmiotu, wizerunku, miejsca itp. – w Biblii uznana byłaby za „barbarzyńską”, czyli bałwochwalczą, na wzór wiary obcych ludów nie znających pism proroków, prawa Mojżeszowego itp.

Bóg jest uznawany za duchową (poza-fizyczną, niematerialną) istotę wiecznie istniejącą, nie mającą początku ani końca, stwarzającą i utrzymującą wszystko co istnieje zarówno duchowo jak i fizycznie, nie może więc mieć matki ani tym bardziej ojca w sensie potocznym. Z drugiej jednak strony – gdy Bóg postanowił utworzyć ciało fizyczne by „słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami”, by Jego posłaniec, Chrystus mógł zwrócić się do ludzi z Bożym przekazem jako jeden z nich, wychowany pośród nich, mógł poznać cierpienia i rozterki ludzkie, wypełnić misję Chrystusa – Odkupiciela i Zbawiciela, dokonać ofiary z siebie samego jako drastycznego, nieprzemijającego i ostatecznego znaku nie dającego się już nigdy zlekceważyć, zapomnieć ani pominąć, ofiary za „odkupienie” ludzi którzy zaprzedali się złu personifikowanemu przez Szatana – musiał się w tym celu w „ludzki” sposób narodzić a więc musiał posiadać matkę, przeżyć narodziny, niemowlęctwo i dzieciństwo w rodzinie itd. Jest to przedmiotem opisu w Ewangelii, jednocześnie jednak – czego się zazwyczaj nie zauważa, Jezus był prawdziwym synem Marii, jej dzieckiem; noworodkiem, potem niemowlęciem, jeszcze później – oseskiem, rozkosznym maluchem, potem młodzikiem w którym pojawiały się objawy samodzielności i świadomość misji, ale który potrafił też wypełnić do końca swoją rolę dziecka, syna – dając Marii tę całą możliwą i dostępną kobiecie – matce radość płynącą z macierzyństwa. Bycie matką Jezusa – to przecież w oczach ludzi nie tylko radość i szczęście, ale niewyobrażalny zaszczyt i wyróżnienie, niezaprzeczalny dowód na nieskazitelność i wysoką ocenę w oczach Pana a to z kolei – uzasadnia należny Marii szacunek, podziw i miłość dla niej ze strony innych ludzi, bynajmniej nie tylko kobiet.

Jezus nie jest jednak w pełni tożsamy jedynie z Bogiem, ani też odwrotnie; Bóg nie jest ograniczony jedynie ciałem i osobą Jezusa, stad pojęcie „Matka Boża” nie jest pojęciem możliwym do bezpośredniego rozumienia wprost; trzeba je rozumieć odpowiednio do wspomnianych okoliczności. Mówi ono o Matce Jezusa, poprzez którego bezpośrednio działał Bóg a nie o matce Boga, Najwyższego – zwanego przez Żydów Adonai. Osoby Jezusa i Ojca były ze sobą jednocześnie tożsame i odrębne, co było wówczas, ale i nadal jest dla ludzi trudne do wyobrażenia.
Zasługą Marii było wiec przyjęcie be zastrzeżeń misji bycia matką dla dzieciątka – cudownie, samą wolą Bożą poczętego, Syna Bożego istniejącego w formie duchowej „od założenia Świata”; jej wiara bez zastrzeżeń, postawa służenia i podporządkowania, zawierzenia Bogu bez reszty. Wielu ludzi wierzących i dziś przyjmuje taką właśnie postawę, podporządkowania się Jezusowi, który stał się dla nas „bramą” („Nikt nie przychodzi do Ojca – jak tylko przeze mnie”) i przez to – widzenia we wszystkim co ich spotyka – czegoś dobrego, potrzebnego, mającego istotne znaczenie dla nich jak i dla innych.

Pojęcie „Matka Boża” nie oznacza więc także bycia „boginią”, pozycji wyższej ani nawet na równi z Bogiem (ani w znaczeniu Ojca ani w znaczeniu Jezusa), a jeśli tak – to godna pochwały jest jedynie jej właściwa postawa służenia. Postawa „służebnicy pańskiej”. Postawa Marii godna jest najwyższego szacunku, ale nie oznacza to uzasadnienia czci boskiej dla niej – bo to już zdaje się jedynie ludzkim wymysłem. Jezus zresztą tłumaczył uczniom, że tylko ten kto wyszedł od Boga – może do Boga powrócić i kimś takim jest jedynie on; Jezus który jest Chrystusem (Mesjaszem). Mówił im: wyszedłem od Boga i przybyłem do was, ale teraz odejdę od was i powrócę do Boga; szukać mnie będziecie, lecz gdzie ja idę, wy teraz pójść nie możecie.
Nie ma też żadnego uzasadnienia na czynienie z Marii jakiejś władczyni, „Królowej nieba i ziemi”, Królowej np. Polski czy jakiegokolwiek innego państwa lub narodu. Nie ma żadnego uzasadnienia czynienie z Marii rzekomo koniecznej pośredniczki pomiędzy człowiekiem a Bogiem, a tym bardziej - pomiędzy człowiekiem a Jezusem, bo takie pośrednictwo - jak tłumaczył to Jezus – jest całkowicie zbędne, poza tym w pewnym sensie w planie Bożym jest, by wyłącznie Jezus jako Chrystus pełnił podobną rolę („… Wszystko mi oddał w ręce Ojciec mój…”). Stwierdzenia te dotyczą wręcz nie tylko Marii ale i Jezusa czy nawet samego Boga – czynienie z nich sobie „królów” jest po prostu wielkim bluźnierstwem, co wynika wprost z Ewangelii. Traktowanie Marii uważanej za matkę Boga – za pośredniczkę poprzez której wstawiennictwo u Syna łatwiej człowiekowi będzie uzyskać przebaczenie lub nagrodę z uwagi na wieź łączącą Syna z jego matką – jest niczym więcej jak podłym wyrachowaniem, kalkulacją, cyniczną interesownością czy naiwnym „cwaniactwem” tak „zapobiegliwego” człowieka z „plemienia żmijowego”.

Ewangelia sporadycznie wspomina o Marii i czyni to w taki sposób, który dowodzi iż Jezus nie potwierdzał innej roli swojej matki – Marii, niż bycie służką Boga i wypełnianie jego woli”.
To scena z Ewangelii Jana 8, 19-21:

„ Zjawiła się u Niego Matka wraz z Jego braćmi, ale z powodu tłumu nie mogli się z Nim spotkać. Powiadomiono Go zatem: Twoja Matka oraz Twoi bracia stoją na zewnątrz i chcą się z Tobą widzieć. Wtedy im odpowiedział: Moją Matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają Słowa Bożego i wypełniają je.”

A jak wiadomo jego przybrani bracia lekceważyli Go, z pewnością nie słuchali jego słów jako Słowa Bożego, nie byli – być może poza jednym (Jakubem) - stale przy nim. Stąd może pewna nuta przygany w tych Jego słowach. Określa to pozycję Marii, jako tej której zasługą jest posłuszeństwo; nie koligacje rodzinne a stosunek do woli Boga jest wykładnikiem relacji z Jezusem. Nic w Ewangelii nie wskazuje na to, żeby Jezus przypisywał Matce, którą nazywał po prostu „niewiastą” jakieś większe znaczenie niż innym ludziom posłusznym słowu Bożemu i wypełniającym je.

Boski kult Marii jest wymysłem dość współczesnym, choć pierwsze jego ślady pojawiły się już ok. 400 lat po ukrzyżowaniu Jezusa – w Efezie (gdzie Maria przebywała powierzona przez Jezusa pod opiekę „synowską” swojemu „szczególnie umiłowanemu uczniowi” – prawdopodobnie Janowi, synowi Zebedeusza, przebywającemu tam w celach misyjnych), natomiast kościelny dogmat powstał ostatecznie dopiero w XX wieku, ogłoszony przez Papieża Pawła VI (w 1950 roku). Jest on wymysłem ludzi, jednoznacznie jak się wydaje sprzecznym z Ewangelią – jak wiele innych wymysłów ludzkich dotyczących wiary.
Swoją skrajną bałwochwalczą formę uzyskał szczególnie w krajach Ameryki Południowej. Sądzę, że wyraża się w nim po prostu ludzkie niedowiarstwo, przemożna potrzeba posiadania widocznego i fizycznego „przedmiotu” kultu, przedmiotu w sensie materialnym; posągu, obrazu, figury. Wartość i znaczenie tym przedmiotom nadaje także często nawet nie sama osoba tam uwidoczniona a jakieś dodatkowe okoliczności, związane najczęściej z „cudami” dotyczącymi obrazów, wpływu przypisywanego przez ludzi tym obrazom i figurom – na ich zdrowie, sprawy państwa, wyniki bitew czy wojen itp. słowem – z bałwochwalstwem w pełnym znaczeniu tego słowa.

Można to oceniać z różnych punktów widzenia: w sensie wiary i przykładu jaki dał nam Jezus – jest to skrajne wypaczenie, odstępstwo, błąd moralny (grzech). Z punktu widzenia społecznej roli wiary religijnej – można z kolei powiedzieć: jeśli ktoś powstrzyma się od czynów haniebnych, społecznie szkodliwych, zakazanych i szkodliwych, jak kradzież, zabójstwo czy rozwiązłość – dzięki wierze w „Najświętszą Panienkę”, choćby i miała owa wiara być napędzana czy podtrzymywana „kultem przedmiotów”, „cudownych” figur i obrazów – to cóż w tym złego: liczy się w tym przypadku dobry skutek ostateczny a nie środki ten skutek zapewniające. Dobre jest – co daje dobry skutek, tak jak dobre drzewo rodzi dobry owoc i po tym się je poznaje.

Maria, matka Jezusa jest niewątpliwie osobą godną najwyższego szacunku, podziwu i miłości, istotą mogącą być wzorem dla każdego człowieka – gdy uznana została za godną by nadać ciało ludzkie osobie przez Boga posłanej do ludzi, nazywanej przez to Synem Najwyższego. Była zapewne istotą czystą moralnie, najbardziej w rozumieniu moralnym wartościową, gdyż inaczej nie zostałaby do tej roli wybrana. Dzięki tym swoim walorom i postawie zapewne zasługuje na odpowiednią „odpłatę” od Pana, który stał się człowiekiem, nie przestając być jednak także i sobą, duchem. Nie jest ona jednak istotą boską i nie jest niezbędną pośredniczką dla ludzi, dlatego przesadny kult jej wizerunków, figur, obrazów itp. ma w istocie charakter bałwochwalczy, czyli jawnie sprzeciwiający się woli Boga i nauce Pana i Nauczyciela – Jezusa, poprzez którego przecież Ojciec przemawiał i „wykonywał swoje dzieła”.

zwiastowanie

Komentarze

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE:

Wiersz Cypriana Kamila Norwida „Dziecko i krzyż”.

Sens proroctwa proroka Izajasza

Jezusowa przypowieść o robotnikach w winnicy.